Chrześcijanie, to nie są ludzie przeznaczeni na wykończenie; nie jesteśmy przeznaczeni na wykończenie. Widać to dobrze, jeśli się czyta Ewangelie o Panu Jezusie. Oczywiście tylko te, które mają tzw. imprimatur, czyli potwierdzenie, że teksty są zgodne z nauczaniem Kościoła Katolickiego. Pan Jezus został skazany na śmierć krzyżową w fałszywym, nikczemnym procesie. Patrząc po ludzku został zamordowany, ale to się stało przez ludzkie grzechy, czyli czyny złe, których można było uniknąć. To się więc nie wydarzyło samo, tylko przez czynny udział jakichś ludzi, którzy mogli się opamiętać! Nie byli zniewoleni. Wiemy też, że Pan Jezus podjął mękę dobrowolnie, a następnie zmartwychwstał, co nas pociesza także wiele wieków od tamtych wydarzeń.
Jesteśmy więc z przeproszeniem normalnymi ludźmi, dosłownie jak wszyscy inni. Pisał o tym już św. Paweł Apostoł, jeśli dobrze pamiętam. Różnimy się na poziomie spraw ogólnoludzkich tylko tym, że dzięki sakramentom i praktyce modlitwy wytrzymujemy więcej cierpienia w trzeźwości umysłu. Innymi słowy, wcześniej i dłużej zdajemy sobie sprawę z tego, że zadawane są nam cierpienia.
Tworzy to tylko taką różnicę: wtedy, gdy większość ludzi na około żyje już z przeproszeniem na auforycznym haju, co dzieje się przez tzw. mechanizmy obronne, które przy zadawaniu przeróżnych cierpień włączają się, gdyż taka jest ludzka natura, że w końcu się kończy i niszczeje, choć nie od razu jest to widoczne, my jeszcze przez jakiś czas nie tracimy trzeźwości umysłu. Dzięki temu możemy o zadawanym cierpieniu coś powiedzieć, możemy je dostrzec, następnie je jakkolwiek oprotestować, albo w inny sposób próbować powstrzymać; co silniejsi biegną słabszym na ratunek.
W życiu, najogólniej mówiąc, chodzi o to, żeby żyć trzeźwo i godnie, czyli w relacjach pełnych wzajemnego szacunku niosąc sobie nawzajem pomoc w chwilach różnych prób. Wystarczy codzienna czynna uprzejmość i odrobina wiedzy o różnicach kulturowych, żeby było mniej nieporozumień między ludźmi, a dzięki temu także mniej wojen i cierpienia.