2026; w nawiązaniu do moich notatek sprzed kilku lat
Jeśli rzeczywiście ludzie wytworzyli dwa systemy totalitarne, a trzeci się tworzy, a więcej tego typu systemów wcale nie da się zrobić, to być może mają te systemy trzy oddzielne metody zniewalania ludzi: System totalitarny z prawej strony (pierwszy, można go oznaczyć, jako st1) tworzy się i zniewala ludzi przez ingerencję w poczucie sytości, z lewej (drugi, st2) — tworzy się i zniewala ludzi ingerencją w poczucie szczęścia, a relatywny (relatywny, st3) — tworzy się i zniewala ludzi ingerencją w poczucie czasu.
Wewnątrz tych metod tworzone są metody mniejsze do zniewalania ludzi, a potem jeszcze mniejsze
Układy te przypominają swoją strukturą krawędzie fraktali. Tworzą się, nie w tym samym czasie, trzy masowe zniewolenia, ponieważ ludzie się wyrywają do wolności, a to ich jeszcze bardziej zniewala: w st1 — dążeniem do sytości (finał zniewolenia -> bunkry głodowe w obozach zagłady), w st2 — dążeniem do szczęścia (finał zniewolenia -> wielkoskalowa demoralizacja), w st3 — dążeniem do stabilizacji poczucia czasu (finał zniewolenia -> wojna przeniesiona w kosmos, żeby jej rzekomo nie było na ziemi). Każda z metod ma dobry cel (np. pokój), ale rozpaczliwe środki jego osiągania, więc nie można uniknąć wielu, bardzo poważnych szkód. Masowo cierpią ludzie dla tego celu, który jest obiektywnie słuszny, więc podejmują wyrzeczenia dla dobrej sprawy i w dobrej wierze.
Tak długo, jak długo cel wydaje się coraz bliżej dzięki tego typu metodzie, tego typu system się nie rozpada, ale w końcu powinien się rozpaść. Każda metoda następująca po wcześniejszej wydaje się wybawieniem, ale nim nie jest. Dwa systemy razem również wydają się czymś lepszym, niż jeden, gdyż tworzy się złudzenie wolności przez udostępnienie ludziom jakiegokolwiek wyboru. Trzy systemy razem natomiast nie będą możliwie w równoczesności, gdyż albo nie uda się ich złożyć w jedną całość, albo ujawni się ich zło w tak dużym stopniu, że nastąpi ich samoistny demontaż, będą skompromitowane i jako takie już niezdatne do użytku.
Pokonanie tej makabry ma szansę być początkiem prawdziwego i już wreszcie rzeczywiście długo trwającego pokoju
Pokonanie będzie dotyczyło… metody rozwiązywania konfliktów, która będzie grą dwóch żywych ludzi wyznaczonych (może przez referendum) na graczy o sprawę, której dotyczyć będzie dany konflikt, ale z wynikiem bez remisu: wygrana/przegrana, będzie oznaczać true/true, a nie true/false, ponieważ false byłby remisem, a ten wynik nie będzie brany pod uwagę w tego typu rozgrywce.
To jednak nie będzie granie ani proste, ani symboliczne, ani nawet towarzyskie
Będzie to gra dwóch polityków rzeczywiście, aktualnie sprawujących władzę po obu stronach konfliktu, np. dwóch premierów lub dwóch prezydentów, gra na wygraną/przegraną, której wynik samoistnie zmieni ludzi po obu stronach pokonywanego konfliktu na… pogodzonych z wynikiem, gdyż i wygrana, i przegrana będzie bez wątpienia przynajmniej końcem wojny, więc końcem jakiejś bez wątpienia makabry, a to uderzy ludzkie dążenie do masowego życzenia „żeby znów wreszcie coś zmienić, a jeśli się nie udaje normalnie, to nawet za wszelką cenę” . Wynik zawsze uruchomi żmudnie ustawione klocki domina do nowej zmiany na rzekomo lepsze, które dosłownie polecą (ludzie nie będą więcej chcieli konfliktu), i właśnie to, wynik, będzie początkiem długotrwałego pokoju.
Wysiłek ludzi rzeczywiście dobrej woli do czasu, aż to nastąpi, będzie dotyczył opracowania tej gry, a także warunków przystępowania do niej i sposobów sprawdzania, czy samoistnie uznawanie jej wyniku w społeczeństwach po obu stronach konfliktu na pewno się wydarza, a także na jakim odcinku czasu.
Czas długotrwałego pokoju na pewno nie będzie czasem bez sporów, gdyż jawne spory pozostaną nadal stosowaną i skuteczną metodą ujawniania sporów ukrytych, czyli jakichś lokalnych wojen między nierozpoznanymi, albo słabo rozpoznanymi, ale destruktywnymi lub toksycznymi, sektami.
Autorka tego posta w późnym dzieciństwie fascynowała się Cyberiadą S. Lema.
