Myśl dla pokoju I

Pierwsza rzecz, którą trzeba znów przypomnieć, tym razem w konteście myśli dla pokoju, dotyczy jednego z wyjaśnień sensu chrześcijańskiego cierpienia: nie chodzi w nim o cierpienie dla cierpienia, ale o zaakceptowanie faktu istnienia cierpienia, o pogodzenie się z nim w sytuacji, w której już nie ma skąd wziąć środka zaradczego, czyli – w kluczu psychoterapeutycznym – chodzi o niewypieranie tej trudnej rzeczywistości, gdyż prawda o cierpieniu pomaga zachować zdrowie psychiczne, podczas gdy udawanie, że go wcale nie ma tworzy w psychice niebezpieczne napięcia, a czasem nawet poważny rozstrój nerwowy.
W świetle tego wyjaśnienia chciałabym przedstawić krótko prosty obraz, który pozwala snuć ciekawe rozważania o pokoju, który jest rozumiany jako czas bez wojny… Wydaje się bowiem, że oprócz oczywistej obrony własnej jedyne, możliwe zrozumienie przez wielu ludzi pojawienia się faktu wojny, można zbudować w oparciu o takie zjawisko naturalne dotyczące żywej tkanki ludzkiej:
Usunięcie zdrowego zęba (bez względu na to czy przez błąd, czy w celach komercyjnych, albo żeby zadać komuś cierpienie) czasem tworzy protest samej natury: nie następuje proces gojenia takiej rany. Mijają kolejne dni, a rana jest jak dopiero co zadana. Wtedy oddziaływuje się czasem makabryczną metodą, żeby sprowokować dziąsło, i pewnie też kość, do pracy nad zagojeniem ubytku: rozdrapuje się dłubakiem tkankę dziąsła, co kilka dni, tak długo, aż ruszy wreszcie oczekiwany proces regeneracyjny. W sytuacji, gdy rzeczywiście jest to jedyna dostępna metoda przywrócenia równowagi jamie ustnej pacjenta. Oczywiste jest, że nie można tego tak zostawić. Taki byłby to obraz o przyczynach wojny, które da się zrozumieć, makabryczny obraz. Jeśli doszło do jakiegoś usunięcia zdrowej tkanki części ludzkości, to może coś się nie goi? Jeśli coś się nie goi, to co jest tym co się nie goi, a następnie co jest robione, żeby się wreszcie to zagoiło? Jeśli się nad tym dalej zastanowić, to okazuje się, że to też jest obrona własna, choć jej przejaw jest nieoczywisty.
Ale co może być taką raną zrobioną, pewnie niechcący, przez usunięcie części zdrowej tkanki ludzkich społeczności? Otóż może: powołania do życia konsekrowanego, nierozeznane właśnie. Te „artefakty” męczy się, leczy się, porzuca się, wykpiwa się (np. za skromność ubioru), nawet uwodzi się itd. Zgłaszam wobec tego taki prawdziwy problem!
Powołanie do życia konsekrowanego nie jest tym samym co powołanie zakonne, warto tego nie mylić. Z powołaniem do życia konsekrowanego na początku nic się nie robi (nie formuje się go, nie wyniszcza się go i nie chwali się go), gdyż takie powołanie samo musi odkryć zapytanie Boże do duszy co do decyzji o dalszej drodze życia. Jedyne co czasem można, to powiedzieć, że zaistniało takie przypuszczenie, gdyż powołanie czasem wcale nie myśli, że ma powołanie a raczej, że ma… widzimisię, uważa więc, że ma wadę, którą trzeba pokonać. Ale powołanie takie SAMO, świadomie i dobrowolnie, musi odpowiedzieć Panu Bogu TAK lub NIE. I to wszystko. Wtedy rozpoczyna się proces gojenia. Nie chodzi więc o to, żeby za wszelką cenę było wiele osób powołanych, które powiedzą tak. Jeśli powiedzą nie, też jest OK. Sprawa jest zakończona. Taka osoba bezproblemowo zostaje w stanie świeckim i układa sobie życie, jak chce. Nikt nie ma pretensji o to, że ktoś odmówił przyjęcia powołania. Rozeznać i odpowiedzieć 'tak’ lub 'nie’ jest sytuacją bezproblemową i kończącą temat. Tylko okoliczności, w których nie wiadomo, że w ogóle o coś chodzi być może są 'zaburzonym procesem gojenia’ jakiejś rany na tkance ludzkich społeczności.
Metafory dla rzeczywistości nadprzyrodzonych, a tym jest powołanie do życia konsekrowanego, są zawsze wybrakowane i tworzą swoje własne problemy, więc lepiej dodać jeszcze jedną. Przecież powołania takie nie są ubytkiem w tkankach ludzkich społeczności, tzn. nie brakuje niczego, jeśli ktoś odpowie TAK lub NIE. Brakuje, jeśli nic nie odpowie. W przyrodzie znalazłam tylko jeden obraz na podobieństwo tej duchowej rzeczywistości: ślimaki winniczki mają zamiast zębów rodzaj tarki do ścierania pokarmu, ale ta tarka ściera się zupełnie i w pewnym momencie zaczyna jej brakować. Winniczkowi grozi przez to śmierć głodowa. Ale na szczęście tylko krótką chwilę, gdyż tworzy się zaraz nowa tarka, wszystko jest więc szybko na nowo bezproblemowe. Problemem natomiast byłby brak sił odtworzeniowych, czyli sytuacje, w których te tarki zużywałyby się i tyle. Każda metafora jest w tym wypadku niewystarczająca, więc ta też. Same metafory są jak tarki winniczka. Chwilę służą, a potem się zużywają. Nie zgłaszają się tam, gdzie są oczekiwane, prawdziwe powołania do życia konsekrowanego, tzn. nie mają ludzkie społeczności tego, czego nie ma ziemia próchnicza, kiedy brakuje dżdżownic, albo: nie mają tego, czego nie mają uprawy szklarniowe ekologiczne zaatakowane przez przędziorki, kiedy nie ma w nich dobroczynków itd.
W duchowościach Dalekiego Wschodu będzie zrozumiałe takie wyjaśnienie: zamówienie dotyczy kilku ton ślimaków jadalnych i ten towar rzeczywiście wyjeżdża do zamawiających, tylko że w drodze coś się zmienia, co pozostaje nie do odgadnięcia tajemnicą, ale przez co otrzymują jedynie małą paczkę dobroczynków. Przeżywają oczywiście szok, gdyż nie tylko nie otrzymali tego, co chcieli, ale też przy okazji okazało się, że nie wiedzieli, iż mają szkodnika, na który może pomóc wyłącznie zawartość tej paczki, na uprawach obiektywnie cenniejszych od tych ślimaków.
Powinnam na pewno dodać, nawiązując jeszcze do pierwszej metafory, że tak naprawdę nie trzeba żadnego dłubaka, ani tym bardziej żadnej wojny, wystarczy bowiem, po odpowiedzi TAK na dobrze rozpoznane powołanie, jakakolwiek jawność życia konsekrowanego. Ludzie wtedy uspokajają się, ponieważ widzą, że „to jakieś może życie konsekrowane”, a nie „zupełnie nie wiadomo co”. 'Ludzie uspokajają się’ trzeba rozumieć w taki sposób: ludzie przestają za wszelką cenę dowiadywać się 'co to jest?’, ponieważ już wiedzą; dzięki temu relacje wzajemne osób życia konsekrowanego i świata dotyczą spraw zrozumiałych dla większości ludzi i nie tworzą irracjonalnych lęków. Pojawia się natomiast szansa na relacje wzajemnie podmiotowe, czyli tworzone w wolności, a nie z powodu tych lęków.
Myśl dla pokoju II

Drugą rzeczą, o której trzeba pamiętać, że jest, to wielkoskalowo niebezpieczne mniemanie osób nie znających chrześcijaństwa, że nasza wstrzemięźliwość jest rzekomo bombą, którą trzeba rozładowywać co jakiś czas nawet przemocą, jeśli już nic innego nie działa. To mniemanie rzekomo usprawiedliwia nawet wojnę, gdyż służy tego typu wojna podobno przestraszeniu nas. Ależ to oszczerstwo! Prawda jest inna! Wstrzemięźliwość chrześcijańska jest czymś na podobieństwo snu, nie tworzy więc napięć społecznych, gdyż te pojawiają się po zaprzeczeniach, że w ogóle istnieje taka ludzka somatyczna predyspozycja służąca zarówno płodzeniu dzieci, jak i okazywaniu wzajemnej miłości w małżeństwie. Tymczasem to udawanie, iż jej wcale nie ma z pewnością jest niedobre, może jakoś tam nawet dla wszystkich, więc także dla chrześcijan, ale nie jest to problem wstrzemięźliwości (np. celibatu). Te społeczne napięcia w dużo większym stopniu tworzą więc oszczerstwa i przemoc wobec niewinnych ofiar tego procederu wmawiania, że nie można żyć przez wiele lat wstrzemięźliwie. Chrześcijańska czystość rozumiana jako wstrzemięźliwość nie tylko nie jest konfliktem z ciałem soma, ale dodatkowo jest przestrzenią pożyteczną, gdyż mogą się do niej ewakuować ofiary przemocy dotyczącej spraw intymnych, więc nie tworzy zagrożenia dla pokoju. 'Ludzie uspokajają się’ trzeba rozumieć w taki sposób: ludzie przestają sprawdzać na własną rękę 'co to jest?’, a relacje osób życia konsekrowanego i świata pozostają na poziomie spraw rozumianych mniej więcej przez wszystkich.
Myśl dla pokoju III

Jeśli, zgodnie zresztą z oczekiwaniami wielu ludzi, zaprzeczymy spiskowej teorii dziejów, gdyż nie zaprzeczyć jej jest co najmniej obciachem, wojny wyjaśniają się prosto: jako niegodziwe żądania terytorialne. Jednak tzw. spiskowa teoria dziejów ma jeden wyjątek, który pozwala na wydostanie jej z przestrzeni umowy o jej niebycie: chodzi o skutki grzechu przeciw Duchowi Świętemu, a więc skutki świadomej i dobrowolnej odmowy przyjęcia Bożego przebaczenia. Ten grzech blokuje najwięcej łask Bożych przewidzianych dla danego człowieka, który nie chce się nawrócić. Ta sytuacja tworzy makabryczne napięcie braku sił do życia, które ci ludzie próbują skądś wziąć. Moim zdaniem biorą je z zadawania innym ludziom cierpień ograbiając ich przy tym ze zdrowia, a nawet życia. Duża ilość takich ludzi być może zmienia bieg rzeczy na silnie niekorzystny. Może dlatego Pan Jezus, jak wiemy z kart Ewangelii, tak ostro, jak wiemy, zareagował w starciu z faryzeuszami. Jednocześnie w taki sposób zachęcając ich do nawrócenia, gdyż nasz Zbawiciel nie przyszedł świat potępić, ale uratować.
Niekorzystny bieg rzeczy być może tworzy się bowiem z różnych ilości i jakości zadanych cierpień, jawnych i ukrytych. Nawrócenia, osobiste i cudze, zmieniają niekorzystny bieg rzeczy na korzystny, choć rzadko szybko można to zauważyć. Nawrócenie może dotyczyć spraw, które jak najbardziej są zrozumiałe na poziomie spraw ogólnoludzkich, czyli w ramach nawet samego prawa naturalnego, np.: jeśli jedzenie mięsa z uboju niehumanitarnego sprawia u jedzącego to mięso znieczulicę na cierpienie, a to utrudnia niesienie pomocy tym, którzy rzeczywiście jej potrzebują, to nawrócenie może przecież polegać na postanowieniu przejścia na dietę bezmięsną (z suplementacją witaminy B12), albo na postanowieniu jedzenia mięsa tylko z uboju humanitarnego. Nawrócenia pro-life są fundamentem nawróceń na poziomie spraw ogólnoludzkich (tych, dla których wystarczy prawo naturalne), gdyż każdy myślący człowiek sam dobrze rozumie, że „po pierwsze nie szkodzić” jest oczywistą prawdą moralną, o której nawet nie ma co więcej dyskutować. Ateista nawraca się tak, że zaprzestaje popierania aborcji, a katolik musi się dodatkowo jeszcze z grzechów ciężkich przeciw ludzkiemu życiu wyspowiadać, jak również musi koniecznie dowiedzieć się czy nie ma ekskomuniki za aborcję, a jeśliby miał, musi poprosić o jej zdjęcie osobę mającą prawo zdjąć ten typ kary Kościelnej.
Jakie lekarstwo byłoby na te sytuacje wyciszania szkodliwości ludzi, którzy nie chcą się nawrócić? Czy zniewalanie ich? Nie, to chyba nie byłby dobry pomysł. Wydaje się pomocną jedna z metod stosowana w mediacjach. Polega ona na tym, że zarówno poszkodowany, jak i sprawca szkody mają prawo oczekiwać pozytywnego dla siebie rozwiązania, które jeśli uda się wypracować, tworzy słuszne zadowolenie obu stron zakończonego konfliktu.
Myśl dla pokoju IV

Wstrzemięźliwość w małżeństwie sakramentalnym ważnie zawartym, jeśli małżonkowie żyją w łasce uświęcającej, z pewnością sprzyja utrzymaniu pokoju na świecie. Ale dlaczego tak się dzieje? Otóż dlatego, że powstaje co jakiś czas naturalny niedosyt, a więc coś, co niektórzy nazywają wzajemnym przyciąganiem, jeśli zaistniało prawdziwe uczucie i obustronna uczciwość małżeńska, co właśnie tak działa, że nie pojedzie łatwo mąż na wojnę, a jeśliby jednak musiał pojechać, jest większa szansa, że wróci. Nic dodać, nic ująć? Wszystko stało się jasne i oczywiste? Ależ nie! Trzeba przy tej okazji przypomnieć o naturalnej regulacji poczęć, że sprzyja małżeńskiej wstrzemięźliwości, a więc pielęgnowaniu silnej więzi przyjaźni między żoną a mężem, której naturalnym skutkiem ubocznym jest więcej pokoju na świecie. Kiedy natomiast pojedzie na wojnę prawie zaraz? Na dodatek dosłownie po to, żeby umrzeć, ponieważ już mu niczego nie brakuje, nawet tego poczucia braku i tęsknoty? Np. w sytuacji popełnienia grzechu ciężkiego przez zdradę żony. Nie jest to jednak jego rozpacz, gdyż do tego musiałby mieć w sercu choć odrobinę skruchy, ale właśnie duchowa zakłamana sytość (kłamliwe poczucie duchowej sytości), gdyż ta na pewno wyprowadza z domu, a czasem na zawsze. Ratuje natomiast nawrócenie, czyli decyzja osobista o pojednaniu z Panem Bogiem, prawdziwe przebaczenie, ważna spowiedź z odpuszczeniem ciężkich grzechów, i… powrót do porzuconej żony, gdyby chciała, ponieważ nie musi się na powrót zgodzić. Przy okazji: warto pamiętać, że z kolei dobry żołnierz, to człowiek, który umie ratować i rzeczywiście ratuje i swoje, i cudze życie poszkodowanych z największych opresji.
Tak samo mądre korzystanie z talentów pozwala czynić więcej pokoju na świecie, gdyż jest przejawem jakiegoś rodzaju tęsknoty za Bogiem; wtedy syci duchowo coś innego: radość tworzenia, a także dobre dzieło. Również na chwilę, a nigdy na zawsze. Pojawia się jednak niespodziewana wątpliwość: przecież niektórzy poświęcają swoje talenty dla większych jeszcze wartości! Tak, rzeczywiście, ale żeby talent się zakończył, potrzeba woli Bożej i… dobrej intencji osoby, która chciałaby tak zrobić. Musiałoby to być jeszcze większe dobro, niż pielęgnowanie otrzymanego talentu, które – na dodatek – wymagałoby takiej decyzji.
Tę myśl dla pokoju można jeszcze rozwinąć
Rzeczywistość duchową rozpoznaje się zazwyczaj we własnym sumieniu. To oznacza, że znaki zewnętrzne są niewystarczające i często mylące. Jeśli chodzi o skutki konsekracji, najpierw wszyscy chrześcijanie otrzymują i przyjmują chrzest, który w kolejnych latach życia owocuje różnorodnymi powołaniami życiowymi, a także czasem charyzmatami. Na zewnątrz ochrzczeni wydają się nasyceni, ale jeśli ich życie układa się tak, że nie mogą tyle, ile potrzebują czerpać z sakramentów (z sakramentu pokuty i pojednania, z sakramentu Eucharystii), a także nie mogą się modlić tyle, ile potrzebują, to choć ta duchowa odrębność w stanie łaski uświęcającej pozostaje, dusza słabnie fizycznie, a w skrajnych przypadkach umiera, tzn. z przeproszeniem ląduje na cmentarzu, co już na pewno widać. Warto może zrobić tu dygresję i podpowiedzieć, że właśnie te sytuacje są mylone przez specjalistów od ludzkiej psychiki z objawami depresji. Ale to na pewno nie są depresje, gdyż dusza umierając umiera dla Pana jest szczęśliwa, że idzie na spotkanie z Panem, choć naturalnie przecież się lęka. Właśnie dzięki skutkom sakramentu chrztu w małżeństwie sakramentalnym tworzy się rzeczywistość duchowa, którą często nazywamy domowym kościołem. Tylko małżeństwo sakramentalne tworzy warunki, w których można takiej pełni doświadczyć: jest to rodzaj konsekracji, którą obdarzają się małżonkowie, jeśli zawarli ważnie sakrament małżeństwa. Ale to łaska uświęcająca męża i żony pomaga rozpoznać tę prawdę, a następnie z niej jak najlepiej korzystać, natomiast utrata łaski zaciemnia ją, a w grzechach ciężkich pogrąża w całkowitym mroku. Wtedy pojawia się ogromne ryzyko makabrycznego pobłądzenia w życiu, gdyż nie jest już ono życiem duchowym, a małżeństwo wydaje się nie istnieć. To prawdziwa duchowa tragedia: żyć w ten sposób. Warto jak najszybciej z niej się wydostać.
Małżeństwo sakramentalne jest obrazem małżeństwa mistycznego, które czasem, bardzo rzadko, rzeczywiście się zdarza między duszą a Panem Bogiem po duchowych zaślubinach. Pięknie i mądrze opisuje tę prawdę św. Jan od Krzyża, doktor Kościoła. Najpewniejszym znakiem takiego małżeństwa są dzieci duchowe, czyli owoce. Te, z kolei, zaciemniają różni herodowie, którzy, jeśli się pojawią, wpadają w obłęd i chcą unicestwić takie dzieło Boże, choćby nawet go nie było, a tylko im ktoś o tym, że może jest, powiedział. Tak zginęli, pomordowani, Święci Młodziankowie. Małżeństwo mistyczne, które zawsze jest precedensem, więc faktycznie robi jakieś zamieszanie, może, ale nie musi zaowocować nową rodziną duchową, gdyż Pan może Oblubienicę wyprowadzić na pustynię cierpienia duchowej bezdzietności, np. w celach ekspiacyjnych za jakiś grzech. Z kolei 'nowa rodzina duchowa’ może być pojęciem metaforycznym, nie jest więc dowodem na zaistnienie takiego małżeństwa, choć tworzy takie przypuszczenia.
Rzecz więc należy do Ducha Świętego kto i co może pojąć na takie wzniosłe tematy. Dzieła dla pokoju to jedynie skutki uboczne takich wydarzeń w Kościele Katolickim, a nigdy ich cel. Trzeba więc na to patrzyć tylko w taki sposób: jeśli i tak wydarza się wiele zła, to bez wątpienia zawsze tego zła wydarza się mniej, niż byłoby go wtedy, gdyby takiego duchowego małżeństwa nigdy w Kościele nie było. Tymczasem wydaje się, że na przestrzeni wieku co najmniej kilka razy wydarzyło się coś takiego. Mistyczne zaślubiny św. Katarzyny Aleksandryjskiej są chyba najlepszym przykładem. Wielu, naprawdę wielu ludzi żyjących dla Pana życiem konsekrowanym, rozpoznaje tę rzeczywistość jako część swoich marzeń, co owocuje dobrze, ponieważ pomaga im trwać w złożonych ślubach (najczęściej są to śluby czystości, ubóstwa i posłuszeństwa, które to śluby odrobinę różnie są rozumiane w poszczególnych charyzmatach). Marzenie o duchowym małżeństwie z Panem jest więc dobrym marzeniem, jest lepszym praktykowaniem pokory: przecież to się może zdarzyć, gdyż wiadomo, że komuś już to się przydarzyło, więc nie jest to rzecz w ogóle nie do pomyślenia.
Myśl dla pokoju V

To tylko hipoteza, ale pomyślałam, że ją krótko przedstawię, ponieważ może się okazać jakąś następną inspiracją dla pokoju: toksyczna nadopiekuńczość wyzwala w wielu ludziach najpierw zniecierpliwienie, potem oburzenie, następnie chęć porzucenia nadopiekuńczego człowieka, gdyż zagraża różnym wolnościom osobistym. Lepiej więc, żeby jej nie było. Mówię o toksycznej nadopiekuńczości, czyli wadzie osobowości, która nie przemija nawet po wielu sprzeciwach osoby traktowanej w ten sposób, gdyż zwykle można się dogadać, a osoba nadopiekuńcza, najczęściej chwilowo nadopiekuńcza, jeśli jej zależy na utrzymaniu relacji z danym człowiekiem, chętnie koryguje swoje zachowanie wobec tego człowieka; oczywiście, jeśli w ogóle dowie się, że zaistniał problem, gdyż zwykle nie zdaje sobie sprawy z tego, że jest tak odbierana. Moich zdaniem istnieją dwie podstawowe przyczyny tworzenia się tego typu toksycznej wady: 1. przeszłość aborcyjna osoby toksycznie nadopiekuńczej, 2. nagłe śmiertelne wydarzenie dotyczące osoby bardzo bliskiej osobie toksycznie nadopiekuńczej, które wytworzyło niegojącą się traumę, stratę nie do odżałowania. Warto więc sprzeciwiać się zarówno aborcjom, jak również wojnom, gdyż pierwsze może być poważną przyczyną zagrożenia dla pokoju, a drugie w jakiejś nie do pominięcia części skutkiem. Chodzi mi o rzeczywiste zaangażowanie na rzecz pokoju, gdyż grupy gapiów są w tego typu sytuacji zupełnie bez sensu.
Uważam, że pomocą w zatrzymaniu aborcji może być także taka zmiana: prawo obyczajowe do niechcianego dziecka. Prawo takie niwelowałoby społeczne oburzenie wobec kobiet, które zdecydowałyby się urodzić dziecko, którego autentycznie nie chcą; w ogóle nie chcą: „chodzę w ciąży z dzieckiem, którego nie chcę, w ogóle nie chcę, ale je urodzę, gdyż już się poczęło, a to na pewno nie jego wina”. Chodzi o akceptację społeczną dla takiej życiowej postawy także na wsi, a nie tylko w dużych miastach. Takie kobiety nie popełniają aborcji. Oddają donoszone, żywe dziecko do adopcji parom bezpłodnym, które wprost nie mogą się doczekać na swoje adoptowane potomstwo. Wilk syty, a owca cała.
Niezwykle krótka myśl dla pokoju, a jest to myśl VI

Poczucie humoru docenione i uwzględnione w intepretacjach cudzych wypowiedzi może okazać się pomocą w łagodzeniu sporów, a także demaskowaniu okrutnych oszczerstw. Tym samym może przyczynić się do utrzymywania pokoju na świecie, czy choćby tylko we własnym sercu.
W pewnym, bardzo śmiesznym, już wiekowym, polskim filmie J. Machulskiego słynne zdanie „nie kop pana, bo się spocisz” było kiedyś jednoznacznie śmieszne, czym najbardziej cieszyła się młodzież. Ale kto usunie żartobliwy sens tego wyrażenia, będzie miał jak na dłoni wzór oszczerstwa. Ludzie zwykle mają poczucie humoru, więc nie wolno tego robić. Nie usuwa się poczucia humoru tam, gdzie ono na pewno występuje. Ludzie życiowo zawiedzeni mogą nie mieć siły nawet, żeby się uśmiechnąć, choć rzeczywiście rozumieją żart; mają jeszcze siłę czasem na jakąś ironię. Potem zaczynają mówić ogólnie o ironii losu, ale dopiero w dalszej kolejności gorzknieją. Jest więc sporo czasu, żeby się w tym połapać i na nowo zastanowić nad prawdziwym sensem różnych wypowiedzi. Trzeba, w naszych czasach, dość często pogadać na ten temat: „To mnie uraziło”, „Ależ niesłusznie, to był żart. Może niezręczny”, „Co było w tym śmiesznego? Nic mnie nie ubawiło w tej twojej wypowiedzi”, „Wyjaśnię ci, czemu nie”.